Włączałam minutnik w trakcie jedzenia i dzięki temu zaczęłam zjadać mniej

Zdarza ci się poświęcać około 40 minut na przygotowywanie posiłku tylko po to, by zniknął w twoim brzuchu po kilku sekundach? Szybkie jedzenie sprawia, że często się przejadamy, dlatego wpadłam na pewien pomysł...

Zazwyczaj jem w pośpiechu. Ciągle gdzieś biegnę i nie mam czasu na zjedzenie posiłku w spokoju. Jednak przez takie tempo do niedawna bardzo często się przejadałam, zjadałam talerz jedzenie i dopiero po jakimś czasie odczuwałam, że zjadłam zdecydowanie za dużo. Dlatego wpadłam na pomysł, by jeść i jednocześnie ustawić stoper. Po co?

Grillowany kurczakGrillowany kurczak Fotolia

Znalazłam zagraniczny artykuł, w którym opisane były badania wykazujące, że powolne jedzenie zmniejsza wskaźnik otyłości. Zaciekawił mnie pewien eksperyment, który sama postanowiłam wypróbować. Pierwszym etapem było zmierzenie czasu jedzenia posiłków. Chciałam zobaczyć ile zajmuje mi zjedzenie śniadania, obiadu, czy kolacji. Okazało się, że śniadanie zjadam w 4 minut, obiad w około 6 minut, a kolację nieco wolniej, bo w około 7-8 minut. To dość mało, jak na pełny, obfity posiłek. Postanowiłam przedłużyć czas jedzenia i poświęcać na początek minimum 10 minut na zjedzenia każdego z posiłków. 

Zaczęłam włączać minutnik i odliczać czas z telefonem. Ustawiałam 10 minut i kładłam telefon na stole. Istotny był nie tylko czas, ale też fakt, że jadłam świadomie. W ciągu tych 10 minut nie oglądałam telewizji, nie korzystałam z telefonu, ani komputera. Koncentrowałam się na tym, co jem, jaki to ma smak, kolor, zapach i konsystencję. Jedynie co jakiś czas zerkałam na minutnik, aby wiedzieć, czy jem w odpowiednim tempie. Początki były okropnie trudne... 10 minut wydawało się trwać wieki. Kiedy poznałam już smak, konsystencję, zapach i kolor jedzenia, to nie wiedziałam co ze sobą zrobić. A najgorzej było wtedy, gdy jedzeni smakowało paskudnie. Do tej pory nie skupiałam się na smaku, jeśli jadłam w pośpiechu. Liczyło się dla mnie to, aby jedzenie było zdrowe i pożywne. 

 

Drugą przeszkodą było to, że naprawdę weszło mi już w nawyk szybkie jedzenie. Dlatego jedząc musiałam co jakiś czas zwalniać, odkładać sztućce, wolniej przeżuwać i popijać jedzenie wodą. Jednak już po pierwszej takiej "wolnej" kolacji czułam się genialnie. Przede wszystkim najadłam się szybciej niż myślałam. Nie zjadłam całej kolacji, zostawiłam na talerzu około 1/3. Po zjedzeniu nie miałam wzdętego brzucha, spałam całą noc i wstałam wypoczęta. Rano obudziłam się głodna, więc kontynuowałam swój eksperyment w trakcie śniadania. Minusem był fakt, że musiałam wstać odrobinę wcześniej, by zjeść bez pośpiechu moją ukochaną jajecznicę. Jednak jej smak i to, że mogłam się nią delektować wynagrodził wszystko. Jajecznica na maśle klarownym z kiełbasą i poranna kawa to coś, co sprawia, że chce mi się rano wstawać.

 

Podsumowanie eksperymentu

Jadłam tak przez miesiąc. Stopniowo zwiększałam czas jedzenia i doszłam do 15 minut w trakcie śniadania, kolacji i podwieczorku i 20 minut w trakcie jedzenia obiadu. W ten sposób jadłam mniej, czułam się dłużej najedzona i nie rzucałam się na jedzenie. Jednak brak czasu sprawiał, że nie zawsze miałam chwilę na przygotowanie smacznego posiłku, a wolne przeżuwanie powodowało, że zupełnie traciłam apetyt, albo marzyłam o zjedzeniu czegoś niezdrowego np. pizzy... Jednak szybko mi przechodziło, kiedy kończyłam posiłek i czułam się najedzona. Wolniejsze jedzenie weszło do mojej rutyny. Staram się gotować smacznie i rozkoszować się każdym kęsem. Szczególnie kiedy pozwalam sobie na coś niezdrowego. Jem o wiele mniej i czuję się bardzo dobrze!