Usłyszałam od lekarza, że cierpię na choroby, które powodują otyłość. Zdradzę Wam, jak udało mi się utrzymać formę

Choroby tarczycy, insulinooporność, PCOS to nie wyrok. Wiem, co piszę, bo jakiś czas temu sama dowiedziałam się o tym mało przyjemnym pakiecie dolegliwości. Obok przerażenia, że będę musiała faszerować się torbą leków, doszła jeszcze obawa o formę. Teraz po kilku miesiącach eksperymentów dietetycznych i treningowych, mogę Wam zdradzić, jak trzymam wagę i formę w ryzach.

Do tej pory nie miałam większych problemów z wagą. Przez lata byłam uważana za "chudzielca", więc bez żadnych obaw i ograniczeń żywiłam się czym popadnie. Byłam również bardzo aktywna. O ile nie znosiłam ćwiczyć na zajęciach wychowania fizycznego, o tyle po godzinach chętnie to robiłam. Zawsze kochałam jeździć na rowerze, potem do tego doszła jazda na rolkach i łyżwach. Polubiłam również bardziej statyczne treningi z masą własnego ciała, pilates czy jogę. W pewnym momencie jednak coś się zmieniło. Mimo aktywności, zaczęłam przybierać na wadze. Skierowałam pierwsze kroki do gabinetów lekarskich i się zaczęło.

Rajd po lekarskich gabinetach

Wraz z kolejnymi badaniami zaczęły wychodzić na jaw choroby. W pewnym momencie już nawet bałam się chodzić do lekarzy, by przypadkiem nie wykryli czegoś nowego. Na razie jednak skończyłam z pakietem chorób dość powszechnych u kobiet. Szwankuje mi tarczyca, jest problem z insulinoopornością, a to również wiąże się niestety z PCOS, czyli zespołem policystycznych jajników. Kiedyś o tej chorobie opowiadała Sandra Kubicka. Modelka przyznała wtedy, że przytyła aż 17 kilogramów.

U mnie syndrom dał o sobie znać w bardzo szybkim czasie... Zaczęłam tyć z prędkością światła (17 kg), dostałam trądziku, na który nic nie pomaga, brak chęci do życia, brak energii na nic... Najśmieszniejsze jest to, że mój lekarz w USA od miesięcy mówił mi, że nic mi nie jest i wszystko jest super. Kobiety, róbcie sobie badania u wielu lekarzy, nie tylko u jednego - mówiła modelka.
 

U mnie to nie miało tak drastycznego przebiegu, a może po prostu miałam farta i choroba została wykryta na dość wczesnym etapie. Każdy też jest inny i u każdego pewne objawy pojawią się lub nie. Mogą mieć też różny przebieg. Nie zmienia to jednak faktu, że ostro musiałam się za siebie wziąć.

Czas na ostrą dietę

Mimo że moja codzienność nie wyglądała najgorzej, to jednak musiałam wprowadzić pewne zmiany w stylu życia. Oczywiście nie obyło się również bez torby leków, ale nie oszukujmy się - to nie załatwi wszystkiego. Konieczne jest trzymanie diety w ryzach oraz codzienny trening. Bez tego waga i centymetry mogą szybko poszybować w górę przy takim pakiecie chorób, które wpływają na metabolizm, a tym samym są prostą drogą do otyłości.

Swoją przygodę z dietą zaczęłam od modyfikacji codziennych posiłków. Wykreśliłam z diety przekąski, które mają fatalny wpływ na wyrzuty insuliny. Musiałam zacząć pilnować godzin posiłków, a przede wszystkim przerw pomiędzy nimi. Koniec więc z podjadaniem i żywieniowymi grzeszkami. Musiałam także zapoznać się z zasadami niskiego indeksu glikemicznego, co wiązało się z nauką komponowania potraw.

 

Teraz już doskonale wiem, że śmiało mogę pozwolić sobie na zjedzenie banana pod warunkiem, że połączę go z orzechami. Kolejnym trikiem, który obniży indeks glikemiczny takiej potrawy, jest wybranie zielonego i niedojrzałego banana, który ma znacznie niższy indeks od tego, który jest dojrzały, miękki i bardzo słodki. Takich trików jest wiele i to właśnie one pozwalają mi łatwo i szybko tworzyć codzienne posiłki. Oczywiście każde danie przyrządzam sobie sama, dzięki czemu wiem, co jem i wybieram tylko to, co służy mojemu zdrowiu. Codziennie jem cztery posiłki o mniej więcej stałych porach i nie lubię robić od tego wyjątków. To mi po prostu nie służy. Oprócz tego wszystkiego, wykluczyłam z diety gluten, nabiał i cukier. Zrobiłam to w porozumieniu z dietetykiem. Nie radzę bowiem wykluczać czegokolwiek z diety bez konsultacji z lekarzem czy dietetykiem. Dla mnie wyeliminowanie tych składników okazało się zbawienne i świetnie wpłynęło zarówno na samopoczucie, jak i wygląd.

Codzienne ćwiczenia do podstawa

No właśnie, bez ruchu nie ma mowy o utrzymaniu formy i wagi w ryzach przy tylu chorobach, powodujących otyłość. Co więc robię? Przede wszystkim staram się, by codziennie dostarczyć sobie jakąkolwiek porcję ruchu. Jeśli jestem tak zabiegana, że nie ma mowy nawet o półgodzinnym treningu, to przynajmniej wysiadam na jednym przystanku wcześniej z autobusu i idę do pracy lub domu, a także wybieram schody zamiast windy.

Nie będę jednak ukrywać, że kocham sport. Uwielbiam jogę, pilates, ćwiczenia z masą własnego ciała, a ostatnio polubiłam również podnoszenie ciężarów. Latem jeżdżę na rowerze zarówno na długie wycieczki po kilkadziesiąt kilometrów, jak i do pracy, pokonując nieco krótsze dystanse. W ruch idą także rolki, natomiast zimą - łyżwy i narty. Wakacje i ferie spędzam aktywnie. Jeżdżę na spływy kajakowe lub zabieram rower, jadąc nad morze czy w góry. Nie dla mnie leżenie plackiem na plaży.

rowerowe wycieczkirowerowe wycieczki archiwum własne

Aktywność fizyczna mnie uszczęśliwia, więc nie będę ukrywać, że być może dzięki temu znacznie łatwiej utrzymać mi formę przy wielu chorobach. Wierzę jednak, że każdy jest w stanie znaleźć aktywność dla siebie. Nie trzeba od razu biegać 10 km każdego poranka, na początek wystarczy 15-minutowy spacer. Może ty polubisz zajęcia taneczne lub zumbę? Jeśli nie lubisz głośnej muzyki i szybkiego ruchu, zainteresuj się bardziej statycznymi ćwiczeniami, takimi jak pilates czy joga. Najważniejsze jest jednak zrobienie pierwszego kroku i odnalezienie swojej ulubionej formy ruchu. Potem pójdzie już znacznie łatwiej, a nadprogramowe kilogramy przestaną być problemem. Co istotne, poprawią się także wyniki badań, a przecież o to tu również chodzi, prawda?

spływ kajakowyspływ kajakowy archiwum własne

Kinga Molenda 

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.