Anoreksja i bulimia. Historia Dominiki, która wygrała z chorobą

Dominika jest tancerką, choreografką i trenerką. Od zawsze związana ze sportem. Jednak w jej życiu był taki okres, w którym miała problem ze swoim odżywianiem. Przerodził się on w bulimię i anoreksję. Poznaj historię naszej ekspertki Domi Śliwińskiej, która wygrała z chorobą, walcząc nie tylko o swoje zdrowie, ale i marzenia.
Materiały prywatne Materiały prywatne Dominika Śliwińska

Początek mojej historii

Żeby sensownie opisać moja historię, co było jej przyczyną, dlaczego o tym piszę, po co i kiedy miała miejsce, muszę zacząć od samego początku. Z góry przepraszam, za moją szczerość, ale łatwiej jest mi opisać prawie wszystko, niż szukać sposobów, aby wyłapać tylko te najważniejsze punkty mojego żywieniowego życiorysu.

Od najmłodszych lat należałam do tych okrąglejszych dziewczynek. Pierwsze sytuacje dotyczące mojego wyglądu pamiętam z okresu przedszkola. Kiedy podczas obiadu zdarzało mi się poprosić o dokładkę, to Pani przedszkolanka, na którą inne dzieci wołały "ciociu", podwijała mi bluzeczkę, pokazując brzuszek i mówiąc, że jak zjem jeszcze trochę to będę grubsza. Według niej "to nie było ładne". Sięgając pamięcią, to od najmłodszych lat miałam świadomość tego, że jestem troszkę większa od innych dzieci. Byłam zawsze miłą i grzeczną dziewczynką, miałam wzorowe zachowanie, pozycję przewodniczącej klasy, dużo koleżanek, ale pomimo tego, przez lata podstawówki koledzy nie dawali mi zapomnieć o tym że jestem "grubasem". Jednak z racji tego, że byłam osobą lubianą, nie było to typowe, złośliwe dokuczanie. Kiedy chłopcy przekraczali granicę żartów, zawsze miałam oparcie w koleżankach. Jednak o podkochiwaniu się w chłopakach i swoich pierwszych miłościach mogłam zapomnieć. Raczej żaden z moich ówczesnych kolegów nie chciał być obiektem moich westchnień. Pod koniec podstawówki byłam już dość dużą dziewczynką.

Materiały prywatne Materiały prywatne Materiały prywatne Dominiki Śliwińskiej

Czasy gimnazjum

W gimnazjum również dałam się poznać klasie jako osoba rozsądna, wygadana i wesoła. Oczywiście objęłam także pozycję przewodniczącej klasy. Lubiłam czuć się ważna i potrzebna. Dawało mi to poczucie odpowiedzialności i pozwalało skupić się na konkretnych oraz ważnych na dany moment celach klasowo-samorządowych. W gimnazjum zaprzyjaźniłam się też z najładniejszą dziewczyną w klasie. Bardzo dobrze się z nią dogadywałam i była równie sympatyczna, pracowita i sumienna jak ja. Mimo wszystko, po jakimś czasie stała się osobą, do której zaczęłam się porównywać. Wewnętrznie bardzo jej zazdrościłam, widząc jej zgrabną sylwetkę, powodzenie u chłopaków i zadowolenie samej z siebie. Zdawałam sobie sprawę, że nie jest to dobre uczucie. Dusiłam je w sobie mocno, starając się niczego nie okazywać.

Tutaj także muszę wspomnieć o swojej pierwszej, wielkiej, prawdziwej miłości, którą był mój najlepszy przyjaciel, zarazem najprzystojniejszy chłopak w klasie. Podrywacz, który uwielbiał być w centrum uwagi zarówno dziewcząt jak i nauczycielek. Dzięki niemu czułam się potrzebna. Byłam zawsze w pobliżu kiedy chciał mi się zwierzyć, poprosić o pomoc, czy po prostu porozmawiać. Oczywiście, również służyłam jako jego doradca od spraw sercowych, których nigdy nie byłam obiektem.

W 2 klasie gimnazjum przekroczyłam wszelkie możliwe granice swojej otyłości. Przy wzroście 164cm ważyłam 85kg i wyglądałam jak kulka. Moje odwieczne kompleksy sięgały zenitu.

Materiały prywatne Materiały prywatne Materiały prywatne Dominiki Śliwińskiej

Początki choroby

Pierwsze 2-3 miesiące trzeciej klasy gimnazjum były jak dawniej. Wszystko się zmieniło, kiedy w szkole zapanowała grypa żołądkowa. Zaraziłam się nią i mocno przecierpiałam leżąc w domu z ciągłymi mdłościami, wymiotami oraz biegunką. Po tygodniu poczułam się lepiej i zauważyłam, że schudłam. Nie pamiętam dokładnie ile, ale około 2-3 kg. Od tamtego czasu "ciężko mi było wyleczyć się z tej grypy żołądkowej". Tłumaczyłam wszystkim naokoło, że wciąż mnie mdli i że chyba przyssała się do mnie jakaś bakteria. Nie przestałam zwracać posiłków. Jadłam, nie mogąc się powstrzymać, po czym leciałam do toalety by to zwrócić. Na początku nie wszystkie posiłki tak traktowałam. Jednak z czasem to się pogłębiło i czegokolwiek nie tknęłam, wyrzuty sumienia nie dawały mi tego "zostawić w spokoju". W szkole zauważyli mój dość szybki, bo zaledwie 2,5 miesięczny, 25kg spadek wagi.

Materiały prywatne Materiały prywatne Materiały prywatne Dominiki Śliwińskiej

Stan euforii

Jedni mi gratulowali nie mogąc wyjść z podziwu, inni tłumaczyli, że "wyrosłam", ale byli też tacy co się martwili pytając czy wszystko w porządku. Pytali jak się czuje i czy chce porozmawiać, ale ja nie chciałam. Dalej wszystkim domownikom uparcie wmawiałam, że miewam czasem mdłości, a przed znajomymi temat wymiotów po prostu ukrywałam. Po jakimś czasie zaczęły mi mocno wypadać włosy, paznokcie pożółkły, tak samo zęby, miałam zdarte, poranione i bolące gardło. Zaczęłam powstrzymywać się od jedzenia i jeszcze bardziej intensywnie tańczyć, a tańczyłam od dziecka.

Do liceum poszłam lżejsza o prawie 30kg od stanu pierwotnego. Moje powodzenie wzrosło i zaczęłam odnosić sukcesy w tańcu. Również moja pewność siebie stała się stabilniejsza. Jednak to wszystko było bardzo pozorne. Z czystym sumieniem udawałam świadomą swojej atrakcyjności, pewną siebie dziewczynę, po czym wracałam do domu i nie mogłam spojrzeć w lustro widząc wciąż okropnie grubą osobę, na którą nienawidziłam patrzeć. Po 1,5 roku zwracania posiłków, etap wymiotowania minął. Gardło nie chciało już współpracować, organizm bronił się przed zwracaniem i kręciło mi się w głowie. Po prostu przestałam jeść i bardzo polubiłam uczucie pustego żołądka.

Następnym etapem była widoczność kości, której również za młodu się brzydziłam. Wpadłam w taki moment, w którym myślałam wyłącznie o tym, że "mój brzuch musi być płaski, a żebra widoczne". Nie podobały mi się nigdy za chude dziewczyny, ale fakt, że ja sama kiedyś byłam obleśnym grubasem nie sprawiał, że czułam się tak samo w środku. Ważne jest także to, że praktycznie od samego początku wiedziałam, że jestem bulimiczką. Wiedziałam również, że wchodzę w anoreksję i pomimo to, świadoma tego co robię, nie umiałam powiedzieć stop. Chęć bycia lepszą była za duża i w moim mniemaniu byłam wciąż daleko od celu.

Materiały prywatne Materiały prywatne Materiały prywatne Dominiki Śliwińskiej

Wycieńczenie organizmu i początek współpracy z Łukaszem

Po 6 latach głodzenia się, gdzie dostarczałam organizmowi około 400-600kcal dziennie, przy aktywnym trybie życia, prowadzeniu 2-3 godzin zajęć tanecznych dziennie i nauce, zaczęłam w trakcie zajęć miewać mroczki. Kiedy tłumaczyłam jakiś ruch mając otwarte oczy, nagle znikał mi obraz i pojawiała się wielka czarna plama. Pomimo to, ja nie przestawałam, dalej tańczyłam i prowadziłam zajęcia. Nie chciałam nikomu pokazywać, że jest mi słabo. Robiłam również wszystko, żeby ukryć to, co się działo w mojej głowie. Ogromna depresja, żale, smutki, tony wylanych w samotności łez znikały pod przyklejonym na co dzień uśmiechem. Nienawidziłam zostawać sama. Wtedy wracały te wszystkie okropne, przytłaczające myśli. Jeżeli chodzi o sprawy kobiece i miesiączkę, to o tym też już zapomniałam. Tampony i podpaski leżały tygodniami czekając na ten "niespodziewany dzień". Wtedy stwierdziłam, że pora coś z tym zrobić.

W trakcie całej choroby, byłam raz u dietetyka, prosząc o pomoc. Pani dietetyk nie wiedziała co mi powiedzieć, a kiedy usłyszała ile jem, to mnie wyśmiała. Poczułam się wtedy mocno dotknięta. Odbyłam również jedną wizytę u pani psycholog. Poczułam od niej współczucie i niestety kompletny brak zrozumienia. Usłyszałam tylko definicję obu chorób, bulimii i anoreksji. Pani psycholog bardzo chciała mi uświadomić co mi dokładnie dolega. Ja odpowiedziałam jej, że przecież o tym doskonale wiem i w tym momencie nie wiedziała już jak zareagować. Jej celem było umówienie mnie na kolejne, należące do nie najtańszych, wizyty.

Szukałam również pomocy wśród trenerów personalnych. Potrzebowałam czyjegoś wsparcia i jak wtedy sądziłam motywacji. Dzięki swojej przyjaciółce ze studiów, na przełomie kwietnia i maja 2013 roku skontaktowałam się z trenerem personalnym oraz dietetykiem, który zajmuje się trudnymi przypadkami. Z tym panem miałam wyłącznie kontakt drogą e-mailową. Nigdy się nie spotkaliśmy i nigdy też nie rozmawialiśmy na żywo. Może dzięki temu tak łatwo mi było się przed nim całkowicie otworzyć, dzieląc się swoją żywieniową przeszłością. Dostałam od niego wiele mądrych wskazówek, popartych sensownymi wyjaśnieniami i motywujących mnie do pogłębiania swojej wiedzy na temat funkcjonowania organizmu oraz dostarczanych mu składników odżywczych. Moje ciało było smutne, wyblakłe, bez mięśni (mimo wielu godzin treningu, organizm nie miał materiału budulcowego by je rozbudowywać, więc je skutecznie wyniszczał) i bez kształtu. Sama obwisła skóra i kości.

Materiały prywatne Materiały prywatne Materiały prywatne Dominiki Śliwińskiej

Ponowna rezygnacja

Próbowałam walczyć ze swoimi nawykami. Czytałam mądre i rozsądne sugestie od Pana Łukasza, ale mimo to nawyk niejedzenia i strach przed powrotem do otyłej sylwetki nie pozwalał mi przejść pierwszego, najgorszego etapu. Zaczęłam jeść 1 posiłek dziennie i to był dla mnie ogromny przełom. Gdy trafiały się dni kiedy zjadłam więcej, przypominałam sobie co to znaczy bulimia i następnego dnia wracałam do opcji 1 posiłku na dobę. Mimo tego jednego posiłku, nie potrafiłam zwalczyć nawyku kontrolowania tego czy mój brzuch jest płaski. Czułam ogromne poczucie winy, kiedy za dużo zjadłam. Każdy najdrobniejszy kęs widziałam na swoich boczkach i urojonych fałdkach. Po kilku miesiącach zrezygnowałam z pomocy pana Łukasza, czując się zbyt słaba. Zamiast zebrać się sama w sobie i ratować to, co jeszcze ze mnie zostało, dołowałam się faktem, że go zawodzę. Nie umiałam poradzić sobie z własną psychiką i wciąż niekończącymi się kompleksami.

Materiały prywatne Materiały prywatne Materiały prywatne Dominiki Śliwińskiej

Kolejny krok w tył

Ponownie wróciłam do niejedzenia. Po kolejnym chudym roku, kolejnych zasłabnięciach, zawrotach głowy i nawrocie depresji postanowiłam znowu spróbować. Chciałam przestać przejmować się swoim odbiciem. W kwietniu 2014 zaczęłam ponownie walczyć ze swoją głową i przekonywać się do słuszności jedzenia. Wyliczyłam ile mój organizm potrzebuje dziennie kalorii i zmieniłam swój jadłospis z dnia na dzień z 400-600 kcal na 2000 kcal. Zmieniłam również jakość posiłków. Przestałam sięgać po "łatwo przyswajalne cukry" i zaczęłam dbać o to co jem. Zaczęłąm myśleć w jaki sposób pomoże to mojemu organizmowi w normalnym funkcjonowaniu. Po kilku tygodniach zebrałam się na odwagę by znów spróbować zwrócić się o pomoc i wsparcie do pana Łukasza. Potrzebowałam kogoś, kto będzie mnie na bieżąco uświadamiał w słuszności wprowadzanych przeze mnie zmian.

Materiały prywatne Materiały prywatne Materiały prywatne Dominiki Śliwińskiej

Drugie podejście

Pan Łukasz zgodził się ze mną korespondować. Tym razem już byłam bardziej konsekwentna w swoich działaniach. Liczyłam kalorie i nawet jak zdarzyło mi się nie dobić do 2000 kcal w ciągu dnia, to starałam się tą różnicę wyrównać pod wieczór kolacją. Lustra omijałam szerokim łukiem. Było to dość trudne z racji zawodu, na salach tanecznych lustra są częścią wyposażenia i raczej trudno ich nie zauważyć. Jednak robiłam co mogłam, skupiając swój wzrok w podłodze. Bolał żołądek, czułam się ciężka, brzuch miałam praktycznie cały czas wzdęty. Mój organizm przeżywał szok, ponieważ z dnia na dzień zaczęłam go traktować tak jak powinnam. Nie była to dla niego norma. Mimo bólu, postawiłam na jedną kartę. Powtarzałam sobie, że jeśli podjęłam się, to muszę działać i w tym wytrwać. Nie raz chciałam odpuścić, w szczególności w chwilach, kiedy bolało. Jadłam dużo więcej niż wcześniej i było mi z tym dobrze. Oczywiście musiałam zdać sobie sprawę z pewnych prawidłowości i właściwie byłam od samego początku nastawiona na to, że po tak drastycznej zmianie mocno się roztyje. To był błąd. Dzięki temu, że każdy posiłek dobrze przeanalizowałam, jadłam dużo warzyw, pilnowałam, żeby dostarczać odpowiednie ilości białka i jadłam bardzo regularnie, wręcz co do minuty, wcale się nie roztyłam. Po miesiącu regularnego jedzenia zaczęłam również delikatnie ćwiczyć, bez obciążenia. Zależało mi na ładnych kształtach, więc zaczęłam praktykować ćwiczenia na konkretne interesujące mnie partie, bez forsowania organizmu, 8-10 powtórzeń, licząc na pojawienie się mięśni tam gdzie już dawno powinny być. Po 2-3 miesiącach przestały mnie nękać wzdęcia, moja skóra powoli zaczynała nabierać ładniejszych kolorów (tutaj duża zasługa marchewki, której wciąż jestem fanką), włosy odżyły, paznokcie również, ciało zaczęło powolutku nabierać kształtów.

Materiały prywatne Materiały prywatne Materiały prywatne Dominiki Śliwińskiej

Moje postępy

Widząc wolne postępy, zaczęłam analizować co robię nie tak i okazało się, że jadłam wciąż za mało. Kiedyś by mi nie przyszło nawet do głowy, żeby przekroczyć swoją dzienną dawkę kaloryczną 1000 kcal. Teraz byłam świadoma tego że te 2000 przy moim aktywnym trybie życia, 4-6 godzinach treningów dziennie, to wciaż za mało. Zaczęłam jeść więcej. Momentami wciąż musiałam przekonywać samą siebie, że robię dobrze i powoli zaczęłam się również przekonywać do swojego odbicia w lustrze. Zaczęłam zauważać zmiany i lepiej się czuć. Nie chciałam już nie jeść i ponownie nauczyłam się odczuwać głód oraz radość ze spożywanego posiłku. Bez względu na to co to by nie było, byle by smacznie zjeść.

Pod koniec wakacji 2014 nie potrzebowałam już być kontrolowana. Moje zawzięcie w dążeniu do zadowolenia ze swojego wyglądu i samopoczucia we własnej skórze była na tyle silna, że mogłam pozwolić sobie na pracę bez zwierzeń oraz jakichkolwiek wątpliwości. Wreszcie dostrzegłam zauważalną zmianę, co mnie jeszcze bardziej utwierdziło w słuszności moich działań nad sobą. Nie roztyłam się, nabrałam zdrowszych kształtów, miałam więcej siły i wróciło poczucie radości z codziennych czynności. Oczywiście, czasami gdzieś w mojej głowie dawały o sobie znać kompleksy, ale szept dumy z tego, że udało mi się za siebie sumiennie wziąć, zaczął być równie mocno słyszalny.

Materiały prywatne Materiały prywatne Materiały prywatne Dominiki Śliwińskiej

Podsumowanie

Nie przerwałam tej drogi. Pokochałam jeść, polubiłam widzieć zmiany i zaczęłam również doceniać swoją ciężką pracę nad samą sobą. Ta okropnie emocjonalnie rozchwiana droga nauczyła mnie wytrwałości, zmusiła do poszerzenia wiedzy oraz ukierunkowała mnie również w kwestiach zawodowych. Sprawiła, że zaczęłam czerpać przyjemność z bycia sobą, szukania odpowiedniej dla siebie drogi i próbowania się w niej spełniać. Zaczęłam dostrzegać w sobie kogoś, o kogo warto było powalczyć.

Po 2 latach ciężkiej pracy nad sobą, postanowiłam uśmiechnąć się do samej siebie i ulżyć swojej głowie. W końcu potrafiłam przyznać się przed samą sobą do tego, co tak naprawdę sie wydarzyło. Uznałam, że to co złe było, minęło i nie wróci.

Zrobiłam małe zestawienie zdjęć przed i po, wykorzystując fotografie sprzed 2 lat i te obecne. Po raz kolejny zobaczyłam różnicę. Pamiętajcie, że życie ma się tylko jedno.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.