Jak zrzucić 5 kg? Oto plan ratunkowy - dzień ósmy

Ile przybyło mi po weekendowych ekscesach? Zastanawia się każdy, kto widzi, jak nieudolnie się odchudzam. Przypominam, że walczę z 5 kg, które mam w nadmiarze po tym, jak rzuciłam palenie. Stosuję dietę 1500 kcal i zintensyfikowałam ćwiczenia.

Dołącz do nas na Facebooku

Nie chcę nawet myśleć, ile kalorii przyjęłam w weekend. Boję się stanąć w poniedziałek na wadze. Ale nie ma wyjścia. Po porannym siusiu staje nago i nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Myślę: waga krzywo stoi. Wynoszę ją z łazienki, gdzie podłoga jest ułożona w drobniutką mozaikę i stawiam w pokoju na równo ułożonej klepce. Staję ponownie. To samo. Przesuwam wagę. Kolejny raz ten sam wynik. Wiem, że mi nikt nie uwierzy, że to niepedagogiczne, że zaraz ktoś mi zarzuci, że kręcę, albo mam wagę zepsutą. Ale niezbadane są wyroki boskie. Na wyświetlaczu pojawiła się liczba 67,7... A to oznacza, że wszelkie moje bezeceństwa, pożeranie karkówki, kiełbasy, kaszanki, hektolitrów wina oraz potraw dietetycznych w podwójnej ilości nie przyniosły żadnych negatywnych skutków dla mojej wagi...

Jak to możliwe? Myślę, że to za sprawą wieli czynników. Po pierwsze - kłopoty żołądkowe, które często towarzyszą syndromowi dnia następnego. Po drugie: jednak 18 km robi swoje. W czasie biegu spaliłam jakieś 1250 kcal.

Radosny poranek

Podskakując jak skowronek pożeram w pracy śniadanie od dietety.com: fritattę z pieczarkami, groszkiem i pomidorami (265 kcal). I nawet jestem najedzona. Na okoliczność utrzymania wagi funduję sobie latte na chudym mleku bez piany, słodzę ją 20 gramami cukru i rozkoszuję się pięknym poniedziałkowym porankiem.

A może w każdy weekend oszukiwać?

Niestety w głowie pojawia mi się myśl, że skoro tak pięknie nie przytyłam w ciągu weekendu, mimo jedzenia rzeczy absolutnie zakazanych, a przede wszystkim w ilościach niedopuszczalnych, to może mogłabym tak co tydzień... Jednak zduszam tę myśl w zarodku. Bo sądzę, że to było szczęście jednorazowe, że jeśli chciałabym powtórzyć ten numer, to organizm pogroziłby mi palcem i zmagazynował sobie dodatkowe 2 kg.

Pierwszy raz, odkąd jestem na diecie, przegapiam moment, w którym powinnam zjeść drugie śniadanie. Zamiast po trzech, to dopiero po czterech godzinach zjadam pastę z czerwonego curry z kurczakiem na liściu z cykorii z waflem ryżowym (310 kcal). Myślę, że mimo weekendowego szaleństwa mój organizm już przestawił się na nowy tryb. Poza tym pół niedzieli spędziłam na sesji umoralniającej, to znaczy motywowałam się sama do podjęcia kolejnej próby odtłuszczenia mojego ciała...

Czas na obiad

Obiad - mój ulubiony, bo największy posiłek w ciągu dnia, zjadam o wcześniej wyznaczonej porze, czyli w okolicach godziny 14, mimo że od drugiego śniadania minęły dopiero dwie godziny. Dzisiaj mam aż 400 kcal. Polędwiczki wieprzowe duszone z jabłkami na brązowym ryżu oraz warzywa gotowane na parze. Mimo że pyszne, ledwo kończę. Bardziej z rozsądku niż głodu, bo w połowie obiadu jestem syta. Nie wiem, czy to wyrzuty sumienia po bizantyjskiej weekendowej uczcie hamują apetyt, czy żołądek się skurczył, w każdym razie coraz mniej chce mi się jeść.

Spadek energii

Jednak podwieczorek - carpaccio z pomarańczy i czerwonego grejpfruta z sosem miętowym (220kcal) - jest tak lekki i smaczny, że pożeram go jednym kęsem. Nie daje mi on jednak tyle energii i nasycenia, żeby czuć komfort w czasie biegu, który zaczynam koło godz. 20 i robię tradycyjne już kółko wokół warszawskich Łazienek, dzięki czemu mogę znowu w dzienniczku biegowym odnotować 10 km.

Bałtycka zupa rybna z klopsikami z dorsza oraz kromka ciemnego pieczywa (246 kcal), które mam na kolację, są przyczyną frustracji. Nie lubię ani zupy, ani klopsików. Jem tylko ten kawałek chleba i głodna idę spać. Nawet nie mam siły robić brzuszków, które sobie obiecałam w ramach bycia nadgorliwą.

Dietetyczne danie na zawołanie!